Parking przed Bricomanem niczym Cape Canaveral.
Ludzie ustawieni wzdłuż barierek, aparaty i telefony skierowane ku niebu, spojrzenia kontrolujące czas. Dziecko pyta, ile jeszcze. Ktoś zakłada okulary. Ktoś inny przykłada do oka płytę CD.
To nie oczekiwanie na start rakiety. Trwa odliczanie do zaćmienia. Kilkadziesiąt, w większości zupełnie obcych sobie osób robi to samo: patrzy w kierunku Słońca. Nie znamy się. Nie umawialiśmy się. Nie potrzebujemy prowadzącego. Po prostu patrzymy.
Jest w tym coś atawistycznego. Na długo przed tym, zanim potrafiliśmy przewidzieć takie zjawiska co do sekundy, patrzyliśmy w niebo z zachwytem, lękiem i niedowierzaniem. Słońce, Księżyc, komety i gwiazdy były znakami, przepowiedniami, bogami. Wyznaczały rytm życia i przypominały, że istnieje coś większego od codziennego porządku.
Dzisiaj wiemy dokładnie, co się wydarzy. Znamy mechanizm, datę, godzinę i potrafimy obliczyć moment, w którym cień przesunie się po powierzchni Ziemi.
A kiedy nadchodzi właściwa chwila, robimy to samo co nasi przodkowie. Patrzymy w niebo.
Mnie tego dnia bardziej niż samo zjawisko interesowali ludzie, bohaterowie tego małego, zbiorowego spektaklu. Ich sylwetki na tle światła. Twarze pogrążone w cieniu, dłonie osłaniające oczy, aparaty, okulary, przypadkowe gesty. Ludzie, na co dzień zupełnie sobie obcy, przez kilka minut stali obok siebie, połączeni czymś tak prostym jak ciekawość i patrzenie.
Właśnie! Patrzenie i kadrowanie. Fotografia zaczyna się od patrzenie właśnie i jest pewnym wyborem. Z całego świata, który w danej chwili znajduje się przede mną, wybieram jakiś jego fragment. Czasem szeroki – całą scenę, przestrzeń, panoramę. Innym razem wąski wycinek: detal, gest, spojrzenie, strukturę.
Naciskam spust. I dzieje się coś osobliwego: chwila, która właśnie minęła, zostaje ze mną. Fotografia uruchamia też pamięć: światło, temperaturę, zapach miejsca, ludzi, emocję, własny stan ducha. Wspomnienie tego zbiorowego zaćmienia.

Zdjęcia do zobaczenia tutaj: https://kolorski.pl/art/#fotografia