Przejdź do treści

Ale cyrk. Freakshow

Wszedłem do sklepu po coś zupełnie innego. A niejako w bonusie dostałem historię i to całkiem dobrą historię.
Przechadzając się między regałami, trafiłem na Freakshow – serię win z kalifornijskiej Michael David Winery. Etykiety tak bardzo mnie zaintrygowaly, że już na miejscu, zacząłem sprawdzać kto odpowiada za ich projekt. I tak trafiłem na historię o tym, jak zamiast kolejnej eleganckiej, minimalistycznej etykiety powstało coś, co wygląda, jakby właśnie uciekło z XIX-wiecznego cyrku.

FREAKSHOW.
Kolor. Chaos. Dziwacy. Siłacze. Kobiety z wężami. Tatuaże. Ogień. Postacie, którym zdecydowanie nie powierzylibyśmy rodzinnego albumu. I oto okazuje się, że za tą niebanalną kreacją, stoi również całkiem przemyślany pomysł. Lodi, Kalifornia, Michael David Winery.

Pierwszy Freakshow Cabernet pochodzi z 2009 roku. Według Davida Phillipsa z Michael David Winery pierwszą etykietę narysował lokalny artysta o imieniu Ben, pracujący w jednej z miejscowych firm projektowych. Nie AI, nie globalna agencja, tylko człowiek z ołówkiem.
Inspiracją były stare plakaty freak shows oraz historie prawdziwych ludzi, którzy w nich występowali. Na pierwszej etykiecie znalazły się setki takich postaci. Pomysł zadziałał i Freakshow zaczął żyć własnym życiem.
Wtedy to wydarzyło się coś, co w brandingu interesuje mnie chyba najbardziej: nie próbowano poprawiać tego, co od początku było jego największą siłą. Rozwijano to. Kolejne postacie, etykiety i kolejne historie. A już wiele lat później do świata Freakshow dołączyło studio Makers & Allies, rozwijając tę estetykę już na poziomie współczesnego brandingu i packagingu. Ilustracje, emboss, folie, fotografia i digital. A nawet etykieta świecąca w ciemności.

W 2020 roku Freakshow Package Design zdobył World Label Awards – Best of the Best.
W 2023 roku Makers & Allies stworzyło kolejną odsłonę marki, nową „obsadę Freaks”, próbując wręcz wyprowadzić bohaterów z etykiet do rzeczywistego świata.

Dobra marka nie musi być ładna, nie musi się wszystkim podobać. Natomiast powinna być rozpoznawalna. Freakshow zatrzymało mój wzrok, zadziałała na mnie lepiej niż kolejna perfekcyjna, minimalistyczna butelka. Bo pod całym tym kolorem, groteską i cyrkowym chaosem jest coś bardzo konsekwentnego: charakter, który w brandingu bywa więcej wart niż perfekcja.

P.S. Teraz najbardziej intrygujące jest to, że nadal nie udało mi się odnaleźć nazwiska pierwszego „Bena”. Wiem, że był lokalnym artystą z Lodi, autorem pierwszej etykiety i że zmarł kilka lat później. Reszta nadal pozostaje zagadką, więc może jeszcze trochę poszukam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *