Niektóre przedmioty, od razu zdradzają, że powstały w innym duchu. Ten otwieracz jest jednym z nich. Kiedy dobre 40 lat temu trafił w moje ręce, wyglądał niemal futurystycznie.
Duński design lat 70. i 80. miał zdolność do oczywistego upraszczania bez utraty sensu.
Przezroczyste tworzywo, gładkie i proste, sprawiające wrażenie niemal technicznego. Forma ograniczona do minimum, materiał użyty wprost, ergonomia oczywista, bez instrukcji – jak oddech. Przedmiot w dłoni leży pewnie, bo został zaprojektowany pod dłoń, nie pod spojrzenie. Każdy detal wynikał z funkcji. Wszystko podporządkowane jednej zasadzie: przedmiot ma działać, nie opowiadać historie. Prostota nie była ubóstwem środków, lecz formą subtelnej selekcji. Cała jego „nowoczesność” polegała na rezygnacji.
W Polsce tamtych lat, forma wynikała z ograniczeń materiałowych, tam – z konsekwencji myślenia projektowego. U nas przedmiot był kompromisem, tam – wynikiem świadomego wyboru. I właśnie dzięki takiemu myśleniu, rzeczy nie starzeją się wizualnie. Ich współczesność nie jest wysiłkiem projektanta, lecz naturalnym skutkiem filozofii projektowania, w której funkcja, materiał i forma tworzą jedność.
Dziś, po czterdziestu latach, ten otwieracz jest nadal użyteczny i jak kotwica – trzyma się funkcji, a nie dryfuje wraz z czasem.